Świat po epidemii: dochód podstawowy, wzrost nierówności społecznych i roboty

1563

Powracamy do naszych rozważań o tym, jaki będzie nasz świat po epidemii. Zastanawialiśmy się już nad tym, czy grozi nam wojna USA z Chinami (ten tekst znajdziecie TUTAJ), czy może jednak nowa zimna wojna (artykuł pod tym linkiem: TUTAJ). Czas na temat o wiele bliższy nam wszystkim. A chodzi o pieniądze, zarobki i pracę.

Dochód podstawowy

Dziś świat ponownie wyraźnie skręca w lewą stronę. Zupełnie jakby historia zataczała koło, a my… kompletnie niczego się nie nauczyliśmy. Jeszcze przecież w latach 30. europejskie i amerykańskie elity były zachwycone Związkiem Radzieckim. Tak, tak, Józef Stalin nie uchodził jeszcze wtedy za krwiożerczego tyrana. Zresztą temat samej genezy rewolucji bolszewickiej powinien już dawno zostać lepiej przybliżony ogółowi społeczeństwa (świetnie opisał ją Antony C. Sutton w „Wall Street a rewolucja bolszewicka” – polecam, zwłaszcza na czas obecnego lockoutu).

W każdym razie dziś świat zachwyca się Chinami, a jednocześnie z wypiekami na twarzy wsłuchuje w słowa myślicieli pokroju Thomasa Piketty’ego, którzy marzą o realiach, w których najzamożniejszym zabiera się tyle, ile tylko się da, by dać najwięcej pieniędzy tym, którym „się nie powiodło”.

Obecny kryzys i prawdopodobne dwucyfrowe bezrobocie doprowadzi nas zapewne do popularyzacji idei dochodu podstawowego. Dla wielu brzmi to pięknie: co miesiąc otrzymają wypłatę, mimo, że praktycznie nic nie zrobili. Ich rodzicom w oku zakręci się łezka i przypomną stare dobre czasy, gdy „czy się stało, czy leżało” i tak dostawało się pieniądze. No, trzeba było przyjść jedynie do pracy. Współcześni politycy chcą „ulepszyć” ten pomysł.

Powróćmy jednak do poważnych rozważań. Sedno problemu ujął Robert Gwiazdowski w swoim tweecie:

Władze, które myślą o takich rozwiązaniach, zapominają o podstawowej zasadzie: ludzkiej pracy nie da się dodrukować, jak ma to miejsce z pieniędzmi. A to właśnie praca od wieków pozwalała nam przeć do przodu: rozwijać różne technologie, dokonywać odkryć i – no właśnie! – bogacić się.

Uniwersalny Dochód Podstawowy doprowadzi do jednego: uniezależni masy ludzkie od rządów. A to może mieć tragiczne konsekwencje.

Roboty vs. ludzie

Spokojnie, nie wchodzi teraz na temat mrocznego science-fiction. Nie grozi nam wojna ludzi z robotami. Realnym problemem stanie się jednak do kilku lat robotyzacja pracy. Już dziś prymitywne maszyny potrafią wykonywać podstawowe czynności w magazynach, trwają prace nad autonomicznymi pojazdami, a programy komputerowe piszą nawet… piosenki.

roboty,Jeśli stanie się to zagrożeniem, zatrzymamy ten proces – powie ktoś naiwny. Tak samo myślano w czasie rewolucji przemysłowej. Jakoś nikt nie powstrzymał budowy coraz to nowszych maszyn. Do ich obsługi konieczni byli zaś ludzie. W XXI w. sprawa będzie wyglądała już trochę inaczej.

Obecna epidemia pokazała zresztą jeszcze jedno: ludzie jako pracownicy są ograniczeni przez swoją biologię. Ryzyko zarażenia się koronawirusem doprowadziło do zamknięcia fabryk i przerwania łańcuchów dostaw. A przecież gdyby tylko za prace w montażowniach czy transport surowców i komponentów, a potem towarów do sklepów były odpowiedzialne maszyny, problem epidemii kompletnie by nie zaistniał!

Nie jest wykluczone, że już dziś zarządy wielkich korporacji biorą pod uwagę to, jak zreformować systemy pracy na kolejne dekady. W końcu robot nie zachoruje, nie będzie kłócił się o podwyżkę, ani nie weźmie wolnego, by zaopiekować się potomkiem (przynajmniej do czasu, gdy ktoś nie weźmie sobie nazbyt do serca wizji, jakie proponują nam filmowcy i literaci).

Wzrost nierówności społecznych

Złóżmy to teraz wszystko w całość. Obecna gospodarka funkcjonuje, bo jest oparta na podziale pracy. Ludzie specjalizują się w różnych dziedzinach: jedni wykonują prace fizyczne, inni umysłowe. Wszyscy są wynagradzani pieniędzmi.

Teraz załóżmy, że w ciągu najbliższej dekady i trwającego kryzysu na popularności zyskają lewicowe ruchy, które domagają się wprowadzenia dochodu podstawowego, a może nawet znacznego wzrostu opodatkowania najbogatszych. Jaki może być tego efekt? Mniejsi przedsiębiorcy i klasa zarządzająca średniego szczebla – chodzi mi tu o osoby, które dopiero budują swój kapitał – oberwą najmocniej. Ci pierwsi nie będą mieli, jak przenieść siedzib firm do rajów podatkowych, co uczynią z kolei bez wahania najzamożniejsi. Mało tego, tych ostatnich będzie stać na usługi wyspecjalizowanych od optymalizacji podatkowych księgowych i prawników. W każdym razie zrobią chciwym, lewicowym politykom psikusa. Przestaną płacić podatki np. w Polsce, a będą je uiszczać przykładowo na jakiś egzotycznych wyspach. Dociążeni dalszymi przepisami może nawet całkiem zamkną swoje biznesy i spędzą resztę życia z dala od biznesu albo ten otworzą na nowo, ale w kraju, który zaoferuje im lepsze warunki.

bezrobocieParadoksalnie – co nie mieści się w głowach lewicowców – najmocniej oberwą najbiedniejsi. Stracą pracę i – właśnie poprzez gwarantowany dochód – całkowicie uniezależnią się od władz.

Mało tego, wszyscy możemy stracić też coś, co dotąd napędzało nasz świat. Chodzi o nic innego, jak chęć bycia lepszym i bogatszym. Po co bowiem rywalizować, skoro prowadzenie biznesu będzie obciążone coraz to większymi podatkami, zaś państwo zapewni nam stały dochód?

Problem polega jednak na tym, że… nie zapewni. W takim systemie dopływ podatków zmniejszy się i dziś buńczuczni lewicowcy szybko powróciliby na klęczkach do przedsiębiorców, by ci ponownie zaczęli budować swoje fabryki. Może nawet zapewniliby im spore ulgi podatkowe – tak, by tylko coś zaczęło ponownie wpływać do kasy państwa.

Najbiedniejsi zaś pozostaliby z dochodem gwarantowanym, który w wyniku inflacji gwarantowałby z roku na rok coraz niższą stopę życiową. W rezultacie zapewne zaczęliby na powrót szukać pracy. Może nawet za mniejsze realne pieniądze, niż przed kryzysem. W końcu byliby z pewnością mniej wydajni niż maszyny.

Powstałby nam więc świat z jeszcze większymi podziałami społecznymi. Ostatecznie wygraliby ponownie ci, którzy posiadaliby kapitał i osoby z realnymi umiejętnościami, które są przydatne na rynkach. Niewykwalifikowany personel, dziś karmiony przez lewicowych proroków wizjami kolejnych utopii, spadłby na drabinie społecznej jeszcze niżej, niż jest dziś.

Wyzwanie XXI w.

Dziś przed politykami stoi wiele poważnych wyzwań. Słuchając ich jednak i przyglądając się krokom, jakie podejmują, można obawiać się jednak, czy wiedzą oni, co robią, i czy kierunek, który powoli obierają jest tym prawidłowym.

Stoimy u progu nowego świata. Czy będzie on przy okazji wspaniały? Wiele wskazuje na to, że nie…

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments