W maju 2022 roku wskaźnik inflacji wyniósł rekordowe 13,9% w ujęciu rocznym. Po raz ostatni tak wysoki wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych obserwowaliśmy w marcu 1998 roku. Łatwo sobie wyobrazić, jak taka wartość przełoży się na nasze wydatki zakupowe.
Z reguły inflacja jest napędzana przez wzrost kosztów wytwarzania, na który wpływ mają takie czynniki, jak: surowce, energia lub koszty pracy. Nie można jednak zapominać o jeszcze jednym bardzo istotnym czynniku – zwiększonej konsumpcji. 
Pandemia koronawirusa i okres lockdownów sprawiły, że długo nie mogliśmy się doczekać możliwości wyjazdów na wakacje, wizyt w restauracjach i pubach, a także korzystania z innych różnorodnych usług rozrywkowych i kulturalnych. W efekcie nasze wydatki konsumpcyjne zaczęły być zdecydowanie wyższe niż nawet przed pandemią, w 2019 roku. W ten sposób polska gospodarka szybko odrobiła straty pandemiczne.
Następnie jednak, gdy inflacja zdążyła się już rozpędzić, konsumpcja nie wyhamowała. Wprost przeciwnie, wciąż dochodziło do jej zwiększania – tym razem jednak umotywowanego strachem. W efekcie wszystko drożeje i rząd nie ma dziś żadnej skutecznej strategii na powstrzymanie tego niebezpiecznego zjawiska.
Strach motorem napędowym konsumpcji
Nie jest żadną tajemnicą, że inflacja w naszym kraju wymknęła się spod kontroli. Początkowo wzrost konsumpcji, który ją napędzał jeszcze w ubiegłym roku, uchodził za pozytywne zjawisko. Bardzo korzystnie wpłynął on bowiem na wzrost polskiej gospodarki.
Wynikało to z prostego faktu – w okresie pandemii COVID-19, a w szczególności lockdownów, społeczeństwo wstrzymywało się z wydawaniem swoich oszczędności. W końcu lokale usługowe były zamknięte, podróżowanie także zostało znacząco utrudnione, czasu poza domem spędzało się znacznie mniej – konsumpcja więc wtedy wyhamowała.
Niestety, dobre nastroje konsumentów, z którymi mieliśmy do czynienia w ubiegłym roku, dość płynnie i niespodziewanie przerodziły się w panikę. Zwiększająca się konsumpcja, przy ekstremalnie niskich stopach procentowych, od połowy ubiegłego roku bardzo szybko zaczęła napędzać inflację do niewyobrażalnych wcześniej rozmiarów.
W konsekwencji, nawykami zakupowymi Polaków zaczął rządzić strach. Społeczeństwo, zamiast odkładać swoje plany dotyczące wydatków na później, zaczęło kupować wszystko teraz, ponieważ obawiali się, że za miesiąc lub dwa zapłacą za to samo znacznie więcej.
Inflacja kompletnie wymknęła się spod kontroli 
Scenariusz ten oczywiście zaczął się realizować samoistnie – szał zakupowy i rekordowa, niepohamowana konsumpcja wywołały przerażającą inflację. Wolimy wydawać wszystkie swoje oszczędności i kupować “na zapas”, ponieważ ceny będą coraz wyższe.
W efekcie wszystko drożeje i niestety wydaje się, że wydatki na konsumpcję nie wyhamują, dopóki oszczędności Polaków nie zaczną się niepokojąco wyczerpywać. Częściowo “poskromić” je mają również podwyżki stóp procentowych, lecz efekt działań Rady Polityki Pieniężnej zawsze jest zauważalny dopiero z kilkumiesięcznym opóźnieniem.
Psychologia tłumu
Wspomniany wzrost konsumpcji napędzany strachem wynika z tak zwanego efektu psychologii tłumu, nazywanego również zjawiskiem owczego pędu. Efekt ten polega na tym, że społeczeństwo przejawia skłonność do poddawania się obowiązującej narracji.
Tak działa nasz mózg i tego nie zmienimy, choć w ramach pracy nad sobą możemy w pewnym stopniu kontrolować te mechanizmy. Problem w tym, że większość nawet nie próbuje. W konsekwencji, gdy sąsiad lub znajomy kupuje wszystkie towary na zapas, większość z nas – napędzana paniką – błyskawicznie zrobi to samo.


