Eutanazja rentiera się powiodła – czy to koniec oprocentowanych lokat?

109

Jeden z najbardziej wpływowych ekonomistów J. M. Keynes w swojej słynnej książce pt.: „Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza” z 1936 roku postulował eutanazję rentiera. Chodziło o to, żeby przy pomocy banku centralnego, ustalić wolną od ryzyka stopę procentową na poziomie zera i pozostawić ją na tym poziomie na zawsze.

Dlaczego nazwano to eutanazją rentiera? Rentier to osoba, która utrzymuje się z posiadanego kapitału. Przez wieki stopa procentowa wolna od ryzyka była znacznie powyżej zera. Bankierzy pożyczali państwom na ok. 8% rocznie, wówczas (standard złota) inflacja praktycznie nie istniała. Zatem był to zysk „na czysto”. W przypadku bardziej ryzykownych kredytów oprocentowanie było wyższe. Na przykład lichwiarze w XIV-wiecznej Florencji pożyczali biedocie na ponad 40% rocznie.

Od lat 80. stopy procentowe zaczęły spadać. Jeszcze na początku lat 80. rentowności długu USA o zapadalności 10 lat wynosiły 14%. Warto pamiętać, że w latach 70. wystąpiły dwa szoki naftowe (gwałtowny wzrost cen), które napędziły inflację, ale mimo to, rządowe papiery dłużne gwarantowany ochronę przed wzrostem cen. Począwszy od 1982 roku w USA, inflację udało się znacznie zredukować i od tego momentu w krajach rozwiniętych pozostaje ona niska do dziś. W USA stopy procentowe z czasem spadały, aby okresowo rosnąc tuż przed kryzysami w reakcji na rosnącą presję inflacyjną i nakręcającą się bańkę na rynku aktywów. W roku 2000 bańką były spółki internetowe, a w 2008 r. nieruchomości i instrumenty pochodne tworzone na bazie hipotek.

Właśnie po załamaniu rynku w 2008 roku amerykański Fed zrealizował postulat Keynesa. Referencyjna stopa procentowa znalazła się praktycznie na poziomie zera, w dodatku zainicjowano skup aktywów od banków, aby dodatkowo wtłaczać świeży pieniądz do gospodarki. Cały rozwinięty świat podążył wówczas za tym trendem. Warto wspomnieć, że Japonia z uwagi na chroniczną deflację z lat 90. stosowała taką politykę już wcześniej.

Polityka utrzymywania zerowych stóp procentowych trwa w najlepsze. Co prawda Fed zaczął stopniowo podnosić stopy procentowe pod koniec 2015 roku i osiągnęły one 2,5% w grudniu 2018 r., ale działania te spotkały się ze stanowczą krytyką Trumpa. Prezydent oczekiwał niskich stóp, które pobudzają gospodarkę i ułatwiają konsumpcję i inwestycje na kredyt. Presja Trumpa odniosła skutek i stopy były obniżane w 2019 roku, a koronawirus doprowadził do skokowego cięcia i powrotu do poziomu 0%. Warto zaznaczyć, że gdy stopy w USA były na poziomie 2,5% na przełomie 2018 i 2019 roku, w Polsce wynosiły one jedynie 1,5%! Był to swego rodzaju fenomen, ponieważ zwykle wolna od ryzyka stopa procentowa jest niższa w krajach bardziej stabilnych i dojrzałych. Aktualnie zarówno w Polsce, jak i w krajach rozwiniętych stopy procentowe są na poziomie zera. Różnimy się od krajów rozwiniętych jedynie poziomem inflacji.

W krajach rozwiniętych inflacja jest bardzo niska z następujących powodów:

1. Rosnącej wydajności gospodarek – postęp techniczny zbija ceny, a dodatkowa podaż pieniądza jedynie ten spadek bilansuje.

2. Duże zdolności importowe tanich towarów z Azji, za które kraje płacą swoim mocnym, rezerwowym pieniądzem – chętnie przyjmowanym i gromadzonym, jako rezerwy w bankach centralnych np. krajów Azji, z których pochodzą towary.

3. Dojrzałe społeczeństwa (szczególnie w Japonii) nie generują dużej presji popytowej.

W Polsce na początku lat 90. mieliśmy jeszcze do czynienia z hiperinflacją z prawdziwego zdarzenia. Wiązała się ona z szokiem transformacyjnym, podaż pieniądza była wówczas totalnie oderwana od podaży dóbr. Następnie inflacja stopniowo malała, aż w 2015 roku mieliśmy do czynienia z przejściową deflacją na poziomie maksymalnie 1,6%. Kolejne lata charakteryzowała stabilizacja inflacji w okolicy 2%, co jest poziomem bardzo korzystnym dla rozwoju gospodarczego. Jednak na początku 2020 roku mieliśmy zwiększenie się inflacji do poziomu 4,7% w lutym (ujęcie rok do roku), co należy uznać za poziom znaczący, jak na naszą gospodarkę w ostatnich latach. Skokowy wzrost miał swoje źródła administracyjne – w wyższych cenach prądu i podniesieniu akcyzy.

Po danych za luty pisałem, że inflacja będzie spadać, ze względu na zachwianie się nastrojów konsumenckich i popytu oraz przez spadek cen ropy naftowej. Inflacja faktycznie spadła, ale z danych wynika, że stabilizuje się na poziomie 3%. Czy spadnie jeszcze bardziej, zobaczymy, ale programy rządowe są bardzo hojne i na razie powstrzymują ceny przed spadkiem. Osobiście martwi mnie inflacja na poziomie 3% przy paliwach taniejących o prawie 20%. Oznacza to, że żywność i inne ważne kategorie wydatkowe drożeją znacznie szybciej niż 3% w skali roku.

Zatem inflację mamy na realnym poziomie 3%, ale jest to koszyk przeciętny. Jeśli ktoś nie jeździ samochodem i wydaje np. zdecydowaną większość swojego dochodu na jedzenie, może mieć inflację znacznie wyższą np. 8%. 

Oprocentowanie lokat w bankach po obniżkach stóp procentowych praktycznie do zera w tym roku, również wynosi zero. Zatem mamy 0% na lokacie i rosnące ceny. Oznacza to, że trzymając środki w banku lub w gotówce, zwyczajnie tracimy siłę nabywczą.

Zatem stało się! Eutanazja rentiera, czyli osoby, która po zgromadzeniu pokaźnego kapitału, może utrzymać się z odsetek, się powiodła. W krajach rozwiniętych operacja została zakończona się po kryzysie z 2008 roku, w Polsce w ciągu ostatnich miesięcy. Przy okazji, razem z rentierem, zabija się oszczędności klasy średniej. To, czy rentierzy zostali faktycznie unicestwieni, czy znaleźli nowe sposoby na wysokie zarobki w nowym systemie, zostanie opisane w innym moim wpisie. Teraz chciałem skupić się na problemie zabezpieczenia siły nabywczej oszczędności Polaków, którzy trzymając je w bankach, zwyczajnie tracą. Oczywiście można ulokować kapitał na rynku akcji, w nieruchomości czy w kruszce, ale zmienność cen (akcje, kruszce) lub skala wydatków (nieruchomości) często zniechęca. Dlatego należy odpowiedzieć na pytanie, czy jest coś, co może zabezpieczyć oszczędności przed inflacją i być bezpieczne?

Na całe szczęście jest jeszcze taka metoda. Praktycznie bez ryzyka można zabezpieczyć środki przed inflacją. Tym sposobem są obligacje rządowe indeksowane inflacją. Na nich zarabiamy 1,3% w pierwszym roku, a następnie 0,75% + inflacja. Zatem, gdy inflacja będzie utrzymywała się na poziomie 3%, to będziemy dzięki tym obligacjom generowali 3,75% stopy zwrotu.

Inwestowanie w obligacje może wydawać się skomplikowane, ale takie nie jest. Ostatnio założyłem sobie rachunek rejestrowy służący do nabywania obligacji. Moim zdaniem jest to prostsze niż założenie konta w banku. W najbliższym czasie na moim kanale na YouTube i profilu na Facebooku pojawi się materiał, jak założyć taki rachunek rejestrowy w 100% przez Internet i zakupić takie obligacje.

Autor: dr Wojciech Świder

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments