Rynek muzyczny upada przez epidemię: straty 14 mln funtów w samej Wielkiej Brytanii

272

Jak dziś wiemy, na kolejne duże koncerty pójdziemy zapewne dopiero w 2021 r. A możliwe, że i ta data jest zbyt optymistyczna. Dziś wielu artystów przekłada swoje trasy koncertowe na kolejne miesiące. Czy to koniec sceny muzycznej, jaką znamy? Nie do końca – to raczej kolejny etap tragedii, która trwa od ponad dwóch dekad.

Rewolucja cyfrowa w muzyce

Muzycy pod górkę zaczęli mieć już na początku XXI w. Wcześniej zarabiali na wydawaniu albumów i singli (notowania sprzedaży dotyczące tych ostatnich były w latach 80. niemal tak ważne jak „dużych” płyt). Na trasy jeździli, by promować swoje nagrania. Sprzedaż gadżetów z logotypami ich zespołów były jedynie przyjemnym dodatkiem.

Wszystko zmienił Internet. A konkretnie platforma Napster. Było to pierwsze „miejsce” w sieci, które pozwalało ściągać na komputery internautów pliki mp3. Nagle okazało się, że przepastne dyskografie legend rocka mieszczą się na jednym CD. I do tego można je mieć za darmo.

Na wojnę z osobami udostępniającymi „empetrójki” pierwsza poszła Metallica. Legendarni metalowcy podali Napstera do sądu. Wygrali, ale wywołało to wściekłość ich fanów i – co musiało zszokować całą scenę – wcale nie powstrzymało rozwoju digitalizacji muzyki.

Z czasem światło dzienne ujrzały aplikacje mobilne pokroju Spotify, które pozwalają nam słuchać ulubionych utworów za darmo lub za niewielką opłatą. Wszystko to uderzyło po kieszeni muzyków i w budżety wytwórni płytowych. Zastanawiacie się dlaczego, wasi idole wydają płyty raz na pięć lat, a nie co dwa, jak było w latach 80.? Nie, to nie kwestia wypalenia zawodowego – to finanse!

Ciąg dalszych problemów

Brak pieniędzy ze sprzedaży płyt i singli zespoły starały się rekompensować sobie grając koncerty, biorąc udział w kampaniach reklamowych i wreszcie sprzedając gadżety – koszulki, buty, chusty, bieliznę, a nawet… wibratory (tego typu cacko o znamiennej nazwie Orgasmatron w swojej ofercie miała grupa Motorhead). Popularne stało się nawet otwieranie własnych browarów. Swoje piwo posiada brytyjska grupa Iron Maiden, Metallica promuje whiskey, a za handel wódką wzięła się też swego czasu Budka Suflera.

Doszło do tego, że muzycy zaczęli żartować, że są jedynie obwoźnymi sprzedawcami czarnych t-shirtów z nadrukami, którymi handlują w czasie tras.

Epidemia zadaje ostateczny cios

I w takich właśnie warunkach artystów zastała epidemia koronawirusa. Swoje tour na kolejny rok przełożyła w ostatnich dniach już np. legenda rocka Pearl Jam, pod znakiem zapytania są zaplanowane na ten rok koncerty wielu innych grup. W Polsce raczej nie zobaczymy ponownie Iron Maiden czy reaktywowanego Rage Against The Machine, które to miały zagrać kolejno w Warszawie i Krakowie. Odwołano już też wielki festiwal Glastonbury, na którym miało pojawić się ponad 130 tys. osób. Taki sam los spotkało kultowe Roskilde. Możemy założyć, że anulowany zostanie Pol’and’rock Festiwal (dawny Przystanek Woodstock).

A teraz przełóżmy to na liczby. Według ekspertów przez epidemię sam tylko brytyjski rynek muzyczny stracił około 14 milionów funtów – jedynie poprzez odwołane koncerty i inne wydarzenia związane z występami artystów.

W siłę urosły serwisy streamingowe? Nie! Okazuje się, że zaliczyły spore spadki (we Włoszech sięgające 23 procent). Słuchacze przerzucili się ponoć na Youtube.

Może jednak wraz z rozwojem sprzedaży przez Internet fani muzyki zwiększyli skalę kupowanych albumów? Według magazynu „Billboard” w okresie lockoutu w Stanach Zjednoczonych łącznie sprzedano nieco ponad 1,5 miliona płyt. To zaś najgorszy wynik od lat 60. XX wieku, czyli od czasu, gdy rynek też właściwie dopiero się rodził.

Co gorsza prawe sierpowe otrzymują nie tylko zespoły. Cierpią też ich podwykonawcy: nagłośnieniowy, oświetleniowcy, agencje eventowe, klubu muzyczne, drukarnie odpowiedzialne za produkcję plakatów i biletów. Wartość tych strat jest dziś trudna do oszacowania w skali globu…

Przyszłość rynku

najbardziej dochodowe trasy

Jaka przyszłość czeka rynek muzyczny? Koncerty zapewne wrócą za rok czy dwa. Tyle że ten okres przetrwają tylko najsilniejsze marki. Na dwuletnie urlopy mogą pozwolić sobie giganci, a nie grupy z drugiej ligi, które grają „sztuki” po klubach, a nie halach. Z pewnością część tych ostatnich zakończy działalności. Po prostu z powodów ekonomicznych.

Możliwe, że docelowo obecna sytuacja zmieni nawyki słuchaczy i ci coraz częścią będą delektować się ulubionymi dźwiękami przez sieć. W każdym razie rynek muzyczny, jaki znaliśmy, chyba właśnie się skończył.

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments