W ciągu ostatnich paru dni świat muzyki żył powrotem na scenę zespołu Pantera. Teraz założenie swojej grupy zapowiedział Kerry King, gitarzysta niegrającego już na żywo Slayera. Oba wydarzenia mogą mieć ze sobą wiele wspólnego i sporo mówić o sytuacji gospodarczej.
Pantera znów ryknie
W zeszłym tygodniu trasę koncertową zapowiedziała legendarna grupa Pantera. Mówimy tu o formacji, która swój żywot zakończyła 20 lat temu. Co gorsza, zarówno jej oryginalny gitarzysta, jak i perkusista nie żyją. Bracia Darrell Abbott (gitara) i Vincent Abbott (perkusja) założyli zespół w 1981 r. Ten pierwszy zginął w czasie strzelaniny na koncercie jego drugiej grupy, Damageplan. Drugi zmarł w 2018 r.
Mimo powyższego Pantera ruszy w trasę po USA w składzie: Phil Anselmo (wokal), Rex Brown (bas), Zack Wylde (gitara) i Charlie Benante (perkusja).
Dla fanów to zapewne bezczeszczenie legendy, ale mimo tego można spodziewać się, że zespół wypełni kluby i hale, na których zagra.
Slayer 2.0
Powrót na scenę ogłosił też Kerry King, gitarzysta nieistniejącego od 2019 r. Slayera. Nie wiemy, z kim będzie grał koncerty, czy w jakim składzie jego nowy zespół nagra debiutancką płytę, ale to wydarzenie dobrze rymuje się z reaktywacją Pantery.
Dlaczego wracają?
Jak widać, kryzys gospodarczy zaczyna powodować, że niemożliwe staje się możliwe. Żyjący muzycy klasycznego składu Pantery – Anselmo i Brown – od lat nie mogli zdecydować się, czy wrócić do stałego koncertowania pod szyldem Pantery. Zwłaszcza ten pierwszy był zaangażowany w liczne projekty poboczne i mniej znane zespoły.
Dlaczego więc nagle wracają? Możemy snuć domysły, ale można chyba założyć ryzykowną tezę, że wpływ na to może mieć… kryzys gospodarczy. Muzycy nie koncertowali przez dwa lata pandemii COVID-19. Teraz doszedł do tego wzrost kosztów życia, widoczny nie tylko w Polsce, ale też w USA. Możliwe, że tak wielka nazwa jak Pantera pomoże „odkuć się” muzykom pod chudych latach pandemii.
Nie można wykluczyć, że w ten sposób zarabiać będą wkrótce i inne gwiazdy z lat 80. i 90.

