Najdziwniejsze podatki wprowadzone przez rządy. Część 1

895

Kto lubi płacić podatki? Ponoć Adrian Zandberg i inni politycy współczesnej lewicy. Niestety poza nimi… Cóż, jakoś trudno spotkać osobę, która z uśmiechem na twarzy i wypiekami podniecenia na policzkach będzie nam opowiadać o tym, jak to cudownie spędziła poranek w urzędzie skarbowym czy puszczała przelew do fiskusa. W tym tekście zajmiemy się jednak najdziwniejszymi i najgłupszymi daninami, jakie miłościwie nam panujący postanowili wprowadzić w życie.

Płać lub giń!

Stara jak świat mądrość ludowa głosi, że tylko dwie rzeczy na świecie są pewne: śmierć i podatki. Niestety jedno i drugie towarzyszy nam od momentu powstania cywilizacji. O ile jednak to pierwsze jest biologiczną koniecznością, z którą od tysiącleci toczymy nierówne boje, tak już drugie… Sami wiecie, facet, który wymyślił podatki, nie bez powodu nie zapisał się na kartach historii. Jego „wynalazek” był może i przełomowy, ale z pewnością nie taki fajny jak koło, spłuczka do wc czy żelki.

Aparat państwowy kosztuje!

Dlaczego jednak w ogóle ktoś wpadł na tak szalony pomysł, że wypadałoby oddać część swojej kasy komuś innemu, tylko dlatego, że ten ktoś tak chce?

To dość proste. Podatki są stare jak cywilizacja. Gdy zaczęły formować się społeczeństwa, ktoś musiał stać na ich czele. Ludzie jakoś tak mają, że lubią znajdować w swoim gronie członka (nie, to nie synonim wyrazu, którym niektórzy określają polityków!), który może nie potrafi samodzielnie upolować niedźwiedzia czy wybudować sam sobie fajnej, szpanerskiej chaty, ale z lubością lubi mówić innym, że powinni to za niego zrobić. Aha, do tego mają mu za te wydawanie rozkazów płacić co miesiąc 20 proc. tego, co zerwali z drzew czy upolowali w pobliskim lesie.

Wraz z rozwojem społeczeństwa takich rozkazujących było coraz więcej. U swojego boku mieli oni też i innych kompanów – jednych, których zadaniem była obrona plemienia, innych, którym powierzono inne prace „administracyjne”. Tak też rodził się aparat publiczny.

Ktoś jednak musiał to wszystko utrzymywać. To odpowiedzialne zadanie spadło na społeczeństwo, które w zamian za składane cyklicznie daniny miały otrzymać od elity obronę, służbę zdrowia i inne profity. Cóż, raz lepiej, raz gorzej, ale cały system nawet jakoś zadziałał i działa do dziś, napędzany właśnie podatkami. Tyle że – jak to zwykle przy wszystkim, za co wezmą się ludzie, bywa – czasami zdarzają się nam błędy. I o tych dziś wam opowiemy. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak zwariowane podatki płacili i płacą ludzie przez całą historię swojego istnienia.

Ustawa Smoota-Hawleya

Ten podatek wyróżnił nawet w swojej książce o wymownym tytule „Ludzie. Krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko” Tom Phillips. Jeśli zaś o podatku, jaki właśnie ustanowiłeś, pisze się w książce o „spieprzaniu”, nie zwiastuje to niczego dobre.

O co chodzi? Otóż, jak zapewne wiecie, pod koniec lat 20. w USA wybuchł kryzys gospodarczy. Paskudztwo okazało się zaraźliwe i przelało też na drugą stronę oceanu. Ktoś mądry inaczej wpadł wtedy na pomysł, że wysokie cła na importowane towary rozwiążą problem. Wszystko po to, by wesprzeć te z naklejką „made in USA”. Efekt? Nooo, powiedzmy, że niezadowalający. Skończyło się wojną handlową, która jeszcze bardziej pogłębiła kryzys. Ten potrwał aż do II wojny światowej, która – jak to wojny światowe mają w zwyczaju – wzmocniła pozycję USA na świecie.

Podatek od pokoju

wojny
Nie chcesz oglądać takich obrazków? To płać!

Od razu uspokajamy. Nie, nie chodzi o podatek od pomieszczenia, w którym teraz siedzisz na fotelu ze smartfonem. Gwinea wpadła na inny pomysł. Jej politycy doszli do wniosku, że skoro już są tak spoko dla swoich wyborców, że nie wywołują ostatnio wojen, to wypadałoby, żeby ci pierwsi jakoś okazali im wdzięczność. Każdego z obywateli tego biednego państwa obciążono podatkiem pokojowym, który rocznie wynosi ok. 17 euro. Kilogram kawy kosztuje tam 0,5 euro, więc można liczyć się z tym, że podatnicy wcześniej czy później wywołają jakąś wojnę. Choćby domową.

Żeby jednak nie było, że Gwinea bije tu rekordy oryginalności, warto dodać, że podobną daninę płacono też od XI wieku w Anglii. Przez 300 lat rycerze płacili taki podatek w okresie, gdy nie prowadzono działań zbrojnych. Jeśli dodamy do tego fakt, że ich najbliższymi – i zarazem mocno wkurzającymi – sąsiadami byli Francuzi, nie trudno pojąć skąd wzięły się te częste szarpaniny miedzy dwiema nacjami.

Podatek od słońca

najgłupsze podatki
Taka opalenizna jest warta każdych pieniędzy

To nie koniec. Kilkanaście lat temu na Balearach ktoś wpadł na jeszcze ciekawszy pomysł. „Ci turyści wpadają do nas, zostawiają masę kasy, to może… Tak! Opodatkujmy ich, żeby zostawili jej jeszcze więcej” – musiał pomyśleć cwany minister. I tak turyści muszą zapłacić tam podatek od słońca.

Wysokość podatku uzależniona jest od kategorii obiektu hotelarskiego. Dzieci poniżej 16 roku życia mają opaleniznę gratis, zaś osoby, które przebywają na wyspach dłużej, mogą liczyć na rabat do 50 proc.

Mimo wszystko podatek ma jakiś tam sens. Zebrane w ten sposób pieniądze są przeznaczane na sprzątanie plaż i inne działania proekologiczne.
To jednak nie koniec. Amerykanie nie chcieli być gorsi i od 2007 roku płacą podatek od opalania. Dotyczy on osób, które korzystają z solarium. Płacą one 10 proc. wartości takiej usługi do budżetu państwa.

Podatek od poprawiania urody

najdziwniejsze podatkiO krok dalej poszli politycy z Korei Południowej. Każdy, kto robi tam sobie operację upiększającą urodę, płaci od tego 10 proc. od ceny zabiegu. Chodzi o np. powiększenie piersi, odsysanie tłuszczu, operacje nosa, naciąganie twarzy a nawet korekcję powiek.
Chcesz być piękna, czy też piękny! Płać!

Podatek od bycia czarownicą

Czarownicę mają przerąbane od wieków. Jak nie pali się ich na stosach, to opodatkowuje. Pytanie, co jest gorsze, pozostaje bez jasnej odpowiedzi.
W każdym razie od 2011 roku każda czarownica musi płacić w Rumunii podatek. Dlaczego? Bowiem ta profesja jest tam od tego czasu wymieniona na oficjalnej liście zawodów. Nie wiadomo, jakie siły nieczyste maczały w tym palce (pewnie jakieś lobby), ale w przeciwieństwie do wróżbitów czy astrologów wiedźmy nie muszą jednak posiadać kasy fiskalnej.

Podatek od krowich… bąków

Nie, nie rejestrujcie odbiorników. Serio, ktoś na świecie wpadł na pomysł, by opodatkować krowie bąki. I to niezależnie od tego, czy puszczane niekulturalnie i głośno w towarzystwie lepiej wychowanej trzody, czy „cichacze”.
Mało tego, pomysł nie jest nowy. Pierwotnie pojawił się w 2003 roku w Nowej Zelandii. Tam upadł, ale przypadł do gustu urzędnikom w Estonii. Podatek od byczych i krowich gazów obowiązuje tam od 2008 roku. Co ciekawe, obciążono nim jedynie hodowców krów. Jeśli więc, twoje świnie, konie, owce, gęsi czy psy mają problemy gastryczne, nie masz się czym martwić. Do czasu aż jakiś minister wywęszy (tak, ten czasownik pada tu celowo…) w tym kasę.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o